Moja wina – Jarosław Grzędowicz, „Pan Lodowego Ogrodu”


Obca, przerażająco obca planeta. Grody otoczone zaostrzonymi palami, klany podzielone odwiecznymi wojnami. Poziom rozwoju? Spodziewałbym się wrzeszczących ludzików z zaostrzonymi kijaszkami, względnie zawodzących głucho szamanów, którzy już dawno powinni przejść na emeryturę albo zostać przez coś spożyci. W skrócie – cywilizacji bez szans w starciu z ziemską techniką. Perkele, ale na coś  t a k i e g o  się nie pisałem.

Ja, zaczynając przygodę z Panem Lodowego Ogrodu również się nie pisałam na coś takiego. Saga Jarosława Grzędowicza to jedna z tych pozycji, których szuka się długo, dojrzewa powoli, podchodzi nieufnie, czyta po nocach, a całymi dniami powraca się do wcale nie tak bezpiecznego świata ukrytego między stronami. Pierwszy tom miałam okazję przeczytać już ładnych parę lat temu, a wracając do lektury nie spodziewałam się niczego wielkiego. Myliłam się. Jarosław Grzędowicz stworzył świat, z którym w fantastyce (nie tylko polskiej) już dawno się nie spotkałam. Świat, który żyje, rządzi się własnymi, logicznymi i bezlitosnymi prawami, a za wszystko trzeba płacić. Autor, który w dzieciństwie pragnął zostać leśnikiem albo operatorem śmieciarki wyrósł na pisarza fantastyki… już samo to zdanie brzmi jak dobry pomysł na książkę 😉 Nie miałam styczności z pozostałymi powieściami jego autorstwa (i nie zamierzam, przynajmniej w najbliższym czasie, po nie sięgać), ale odnoszę wrażenie, że pisany przez mniej więcej dziesięć lat Pan… to książka jego życia. Powieść, która go przeżyje i jeszcze uczyni go swego rodzaju legendą.

Głównym bohaterem, a przy okazji jednym z największych atutów powieści jest Vuko Drakkainen, pół Polak, pół Fin, który otrzymuje niecodzienne zadanie do wykonania – musi dotrzeć na tajemniczą planetę Midgaard, gdzie jakiś czas temu zaginęła grupa naukowców badających tamtejszą społeczność. Pozornie wszystko wydaje się jasne i w miarę proste: odnaleźć, posprzątać i, w żadnym wypadku nie naruszając delikatnych mechanizmów rządzących tamtejszą cywilizacją, wracać do domu. Sprawa jednak się komplikuje, gdy Vuko trafia w sam środek wojny, w której magia i pojedynki bóstw to tylko jeden z problemów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć. A w takiej walce przybysze z Ziemi mają na tyle dużo do powiedzenia, że zasadę nienaruszalności ekosystemu można sobie zakopać i patrzeć, czy coś wyrośnie.

Bezspornie jednym z największych atutów powieści – i niestety elementem coraz częściej zanikającym we współczesnej literaturze – jest jej logika. Tutaj nic nie dzieje się przypadkowo, a każdy bohater musi ponieść konsekwencje swoich czynów. W każdej chwili twoje działania mogą zwrócić się przeciwko tobie. Zarówno świat Midgaardu, jak i występująca w nim magia podporządkowane są pewnym prawom, a więc i mają swoje granice. Co prawda można je troszeczkę nagiąć, ale zemszczą się okrutnie. W swoim czasie.

Świat, w którym Grzędowicz umieścił swoje postacie tchnie tajemniczością i po chwili… albo raczej po lekturze kilkuset stron… czytelnik ma wrażenie, że połowicznie żyje właśnie tam.

Zachwycający są także bohaterowie, z którymi można się naprawdę zżyć i przeżywać ich losy jak historie najbliższych przyjaciół. Są fenomenalnie zróżnicowani, mają własne kodeksy etyczne i zupełnie inaczej postrzegają świat. To, co przeżyli i w jakim świecie się wychowali ukształtowało ich. Wydarzenia, z którymi muszą się zmierzyć, również ich zmieniają, a my możemy te zmiany obserwować. Moją ulubioną postacią niezaprzeczalnie pozostaje Vuko, a gdy przeklina po fińsku albo ironizuje, komentując midgaardzką rzeczywistość, parskam śmiechem nad kartkami książek. Mam wrażenie, że bez względu na to, w jakim środowisku człowiek wyląduje, czuje się właśnie tak. Trochę niepewnie, trochę z dystansem, trochę z politowaniem.

Pan Lodowego Ogrodu to nie tylko historia. To pytanie. To pytanie o władzę i nowy porządek świata. Czy istnieje sposób, by uczynić ludzkość szczęśliwą? Co się stanie, gdy osiągnie się władzę, o jakiej nikt nie śmiałby marzyć? Nie ma nic za darmo. Zwycięstwo okupione jest krwią, wysiłek zmęczeniem… Brzmi banalnie, ale wpatrzony w noc Vuko o tym właśnie myśli. O przeciekającym mu przez palce człowieczeństwie. O roli, którą mu narzucono… a może sam ją wybrał?

To nie jest książka do cytowania. Czyta się ją jako całość, jako historię splecioną z losów, postaw i wyborów. A wokół unosi się falująca chmura lecących kruków, powietrze przenosi ich krzyk coraz dalej i dalej… a może to ich śmiech…

Twoja wina, twoja wina, twoja bardzo…

Zastanawiałeś się, kto tak naprawdę jest Panem Lodowego Ogrodu? Gwarantuję ci, że zaczniesz, gdy tylko skończysz pierwszy tom. I nie przestaniesz, dopóki nie umilkną kruki.

2 uwagi do wpisu “Moja wina – Jarosław Grzędowicz, „Pan Lodowego Ogrodu”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s