Gdy nie będzie już nikogo… Agatha Christie, „I nie było już nikogo”

Nie znali się zupełnie. Skuszeni ofertą nie do odrzucenia, znaleźli się na tajemniczej wyspie, zostawiając za sobą codzienność… Aż nagle z głębi tajemniczej rezydencji rozlega się miażdżący wyrok: wszyscy jesteście winni.

Jak zareagować mają na takie słowa ludzie, którym nigdy nic nie udowodniono? Jedynie Philip Lombard spogląda z politowaniem na dziewięć (na pewno nadal dziewięć? Policzmy dobrze…) twarzy, przez które – przez ułamek chwili, ale na pewno – przemknął cień poczucia winy. Okazuje się, że oprócz walizek dziesięciu podróżników przywiozło tu ze sobą swoje historie, które wcale nie są opromienione słonecznym blaskiem: ich bohaterowie wolą ukryć je na dnie szuflad i w kieszeniach. Tylko prawda lubi wyłazić na wierzch.

Główna oś akcji to następujące po sobie niewyjaśnione zgony – zgodnie ze słowami dziecinnego wierszyka, który goście odnajdują w swoich pokojach. Czas mija, a mordercą na tej odciętej od świata Wyspie Żołnierzyków może być każdy.

Agatha Christie potwierdza tutaj swoje prawa do tytułu królowej kryminału: mamy stosunkowo krótką (co bardzo cenię w kryminałach: dobra intryga ukryje się sama, nie trzeba do tego sztucznie nadmuchanej otoczki) historię, w której jest wszystko, co cechuje dobry kryminał. Dokonane z finezją (przestępstwa niby są determinowane przez słowa wierszyka, ale jakoś nikomu nie udaje się zapobiec kolejnym zgonom) morderstwa, narastające napięcie i świadomość, że można liczyć tylko na siebie… Christie bawi się z czytelnikiem, oplatając go atmosferą tajemniczej rezydencji i planu, który przemyślany jest w najdrobniejszych szczegółach. Zaskakuje mnie łatwość prowadzenia zagadki – autorka daje nam do ręki wszystkie karty, jakimi dysponują więźniowie wyspy, a mimo to zapewne nieliczni odgadną końcówkę. Bardzo nieliczni…

Na odrębny akapit zasługują tutaj postacie: nie oszukujmy się, opisanie dziesięciu osób i ich historii bez zanudzenia widza i spłycenia ich to ambitne zadanie. Christie radzi sobie z tym, chociaż nazwiska zaczęłam kojarzyć dopiero przy kolejnej lekturze. Za to oglądając serial (tak, w 2016 roku BBC zrealizowało trzy odcinki na podstawie tej powieści!) odniosłam wrażenie, że na historię spoglądamy głównie oczyma Philipa Lombarda (w tej roli znany z filmowej adaptacji „Hobbita”, gdzie wcielił się w postać krasnoluda Kiliego – tak, tego który nawet za kratkami zarywa do elfki i plecie coś o księżycu – Aidan Turner). Widzimy, jak obserwuje otaczających go ludzi, jak swoją noszolancją i bolesną szczerością wynosi się ponad panikę ogarniającą współwięźniów. To człowiek bez skrupułów, ale inteligentny – co umożliwia mu chłodną ocenę sytuacji. Nie można jednak zaprzeczyć, że aktorzy utożsamiają się z książkowymi pierwowzorami: mamy skrupulatną starszą panią, rozkoszującego się życiem młodzika, zastanawiającego się nad przemijaniem wojskowego, a także Verę Claythorne – skupioną, zdystansowaną, a jednocześnie głęboko przeżywającą każde wydarzenie.

Książkę polecam wszystkim, nawet tym, co nie darzą twórczości brytyjskiej pisarki szczególną sympatią. Natomiast serial polecam tym, którzy książkę już czytali – wiele detali jest pominiętych, więc po lekturze film może tylko zyskać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s