A to jest moje serce… – Stanisław Barańczak, „Tablica z Macondo”

Zbiór prób literackich Stanisława Barańczaka znalazł się nie-do-końca-wiem-jak na moim stosiku lektur za sprawą Pewnej Kochanej Osoby i, jakżeby inaczej, Zbigniewa Herberta. Podtytuł Osiemnaście prób wytłumaczenia, po co i dlaczego się pisze od razu zapalił we mnie lampkę ostrzegawczą: to może być dobre. Tylko gdzie, jasne orzechy, jest Macondo?
Odpowiedź przyszła następnego dnia.

– To ty mnie pytałaś o Macondo?

– Macondo…? Ja, pytałam…?

– Tak, pamiętasz, ta książka…

– A, tak, tak!

– Posłuchaj…

Macondo to miasto z utworu Gabriela Garcii Màrquesa Sto lat samotności. Akcja powieści rozgrywa się w mieście, gdzie postanowiono zrezygnować ze snu. Jakimś cudem jest to możliwe (tak, tutaj wszyscy maturzyści nadstawiają uszek i zastanawiają się, co by zrobili z cudownymi dwudziestoma czterema godzinami przytomności) – ale ma swoją cenę: mieszkańcy Macondo tracą pamięć. Wśród nich znajduje się jeden strażnik, człowiek, który na codziennych przedmiotach zapisuje ich nazwy: od garnka po krowę, na której musi zaznaczyć: należy ją rano wydoić. Wszystko po to, żeby nie stracić dziedzictwa, nie stracić tego wszystkiego, co udało się przez wieki osiągnąć. Tajemnicza przypadłość jednak pochłania ludzkie wspomnienia w tempie nowotworowym, aż w końcu bohater rozpaczliwym wysiłkiem umieszcza przed miastem dwie tablice z napisami: Macondo i Bóg istnieje.

Nawet, jeżeli nigdy się nie sięgnie po szkice Barańczaka, kontekst, w jakim stawia Márquesowskie Macondo ściąga umysł w dwie wąskie kreski: czy poezja – albo nawet spoglądając szerzej – literatura jest naszą własną tablicą, tym, co podsumowuje dokonania ludzkości? Albo wreszcie czymś, czego nie można, nie ma się prawa zapomnieć?

Warto wspomnieć, że eseje z Tablicy… powstawały już zasadniczo po przekroczeniu przez Barańczaka granicy. Co więcej, doskonale w nich słychać, że mamy tutaj do czynienia z wykładowcą literatury polskiej na Harvard University. Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że znajduję się to na sali wykładowej i może powinnam zacząć robić notatki (no bo czy wiedzieliście, skąd się wzięło IDEOLO?), to w starym aucie (takim, jak na okładce wydania z 1990 roku), gdzie telepiemy się jakąś opuszczoną drogą, a Barańczak, wpatrzony w horyzont ulicy, snuje rozważania na temat poezji, literatury, słowa i… tablic rejestracyjnych. I chociaż analiza Pana Cogito o cnocie jest świetna, zdecydowanie wolę ten drugi obraz, wyłaniający sie najlepiej w esejach Zemsta ręki śmiertelnej i Tablica z Macondo.

Polecam tę pozycję szczególnie osobom, które lubią teorię literatury – choćby z tego prostego powodu, że pisana jest przez poetę. Polskiego poetę, który język ojczysty widzi jak zwierzę w zoo, jak zwierzę oddalone kilometry i mile od swojego naturalnego środowiska. A to poetę kłuje, boli i rozoruje. I budzi strach – że zapomni. Że wszyscy zapomną, więc trzeba zapisać, w krótkich, ale pełnych znaczeń słowach i pozostawić tablicę przed naszymi miastami. Pytanie, co się stanie, gdy ludzkość zapomni, jak się czyta…

Tytuł: Tablica z Macondo: osiemnaście prób wytłumaczenia, po co i dlaczego się pisze

Autor: Stanisław Barańczak

Wydawnictwo: Aneks 1990 r.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s