Wiesz, Aniu… – Lucy Maud Montgomery, „Ania z Wyspy Księcia Edwarda”

Nie mogę już wrócić do Avonlea. Przynajmniej na razie. Kiedy jakis czas temu sięgnęłam po pierwszą część przygód Ani, nawet nie doczytałam pierwszego rozdziału. Ale ta książka, przez to, że tak inna od poprzednich przygód Ani Shirley, pozwoliła mi wrócić choćby na Wyspę Księcia Edwarda. Pozwoliła mi pomachać do familii Blythów. Posłuchać, co mówią o nich mieszkańcy Glen St Mary i okolic. Wziąć w płuca głęboki haust tamtejszego powietrza, przesyconego kwiatami. Dlatego sercem jestem za tym, żeby mieć w pamięci oryginalny tytuł: Blythes Are Quoted. Bo to, że tam są, że wciąż się o nich wspomina (czasem aż do przesady) nie ulega wątpliwości.

Ania z Wyspy Księcia Edwarda została wydana już po śmierci autorki, a złożyły się na nią głównie opowiadania (niektóre dopiero później wpasowane w świat Ani) i wiersze. I tutaj Montgomery zaskakuje, żonglując opowieściami kryminalnymi, intrygami rodzinnymi i potkaniami z duchami. Snuje delikatne historie o porzuceniu, braku przebaczenia, tęsknocie za miłością, młodości szukającej uczucia, ale też o starości i okrucieństwie. Pojawia się tu jedno z moich ulubionych: opowiadanie Popołudnie z panem Jenkinsem. To opowieść o chłopcu, który spotyka nieznajomego o nieco groźnym uśmiechu, z którym spędza absolutnie niezapomniane popołudnie – po to tylko, by już nigdy go nie zobaczyć.

Podczas lektury odnalazłam wiele wskazówek, do których stosowała się pisarka albo warto się nad nimi zastanowić, tworząc powieść.
Lubię ten zwyczaj nadawania imion miejscom. Dzięki temu zyskują rys indywindualizmu. – pewnie często spotykamy się z powieściami-metaforami etc, gdzie postacie są pozbawione szczególnych imion (Dziewczyna, Król itp) albo rozgrywają się w bliżej nieokreślonych miejscach. Historia często na tym traci – staje się jak minięte po drodze miasteczko bez nazwy, które później ciężko odnaleźć. Co prawda niektórym pisarzom udaje się przemknąć nad tym, jak choćby Exupèremu tworzącemu postać Lisa, ale w twórczości Montgomery każdy zakątek ma własną nazwę.

 

Wuj Alec uważał, że letnie wieczory skąpane w blasku księżyca i powietrze przesycone zapachem kwiatów nie pasowały do śmierci. Chociaż, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, ludzie przecież umierali o każdej porze dnia i nocy.

 

***

– Wiesz, Aniu, że na ścianie w saloniku w Górnym Glen wiszą stare skrzypce? Chyba nikt nigdy na nich nie gra. Zawsze zastanawiałem się, jaka jest ich historia. O ile mają jakąkolwiek historię.

– Mają z pewnością, Gilbercie. Możesz pisać o wszystkim, ale zawsze ma to jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Lucy Maud Montgomery urodziła się we wrześniu 1874 roku na kanadyjskiej Wyspie Księcia Edwarda, a zmarła w Toronto w kwietniu 1942 roku. Czytałam też, że nie była zbyt szczęśliwa w małżeństwie (wyszła za mąż za pastora) – istnieje nawet podejrzenie, że popełniła samobójstwo. Na jej twórczość padł cień pierwszej, a potem drugiej wojny światowej. Dzięki niej na świat przyszło, jak to ujął Mark Twain, ukochane dziecko literackie, osierocona Ania Shirley, z głową wypełnioną zwariowanymi pomysłami i radością życia, z jej porywczym temperamentem, otchłaniami rozpaczy i niesamowicie bujną wyobraźnią. Pomimo strachu i bólu, zawsze szukała piękna, pozostając przy tym dziewczynką, która całe życie chciała być po prostu kochana.

Avonlea – nawet, jeśli nie można wrócić do tej krainy Zielonych Wzgórz, Nawiedzonych Lasów, Alejek Zakochanych,  surowej Maryli i najdroższego Mateusza, rudowłosej dziewczynki i zakochanego w niej chłopca – pozostaje ciepłym, skąpanym w złotozielonym blasku wspomnieniem. Historią, która pozwala spojrzeć na codzienne życie jako od nowa zaskakującą niespodziankę, jako nadzieję, która odradza się każdego ranka. I zachęca do tego, by po prostu kochać i mieć umysł otwarty na marzenia.

 

Zakochani mężczyźni nigdy nie zachowują się rozsądnie, a już bardzo rzadko nie są samolubni.

 

– Na co mi ogród, który widziałbym raz na kilka lat? Mógłbym na przykład przebywać w Turkmenistanie, a w tym czasie róże by kwitły.

– Ale wiedziałby pan, że ogród różany istnieje – powiedziała Jill. – Ktoś inny mógłby się nim cieszyć podczas pańskiej nieobecności.

– A czy panna Craig w ogóle lubi dzieci? (…)

– Raz ją o to spytałam – rzekła pani Collins. – A ona odparła: „Droga Noro, czemu nie zapytasz, czy lubię dorosłych?”

 

Ale ten podróżuje najszybciej, kto podróżuje samotnie.

 

Zaznaczone kursywą cytaty pochodzą z książki Lucy Maud Montgomery, „Ania z Wyspy Księcia Edwarda”, Wydawnictwo Literackie, 2011

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s