Wyśpiewać historię – Neil Gaiman, „Chłopaki Anansiego”

Jeżeli w religii pojawia się więcej niż jedno bóstwo, za każdym razem dochodzi do konfliktu. Prędzej czy później dochodzi też do podziału władzy i obowiązków. O Tygrysie opowiada się historie pełne okrucieństwa, o Małpie – historie pełne niejasności… ale same historie nie należą do nich. Dlatego, że wszystkie historie należą do pająków.

Oprócz tej jednej.

W dawnych czasach zwierzęta pragnęły mieć własne historie. Były to czasy, gdy pieśni, które wyśpiewały świat, wciąż rozbrzmiewały, gdy na niebie, tęczy i oceanie nadal dźwięczały melodie. Gdy zwierzęta były nie tylko zwierzętami, ale i ludźmi. A pająk Anansi nabierał je wszystkie, zwłaszcza Tygrysa, bo chciał, by wszystkie historie przypadły właśnie jemu.

Charlie prowadzi raczej nudne życie, ma pracę i narzeczoną, a z tyłu głowy myśli, które przepełniają go wstydem. Wspomnienia z dzieciństwa, gdzie kluczową rolę odgrywał ojciec, którego dowcipy podobały się wszystkim… z wyjątkiem Charliego. Gdy więc dowiaduje się, że jego ojciec umarł, następnie, że nie umarł, potem z kolei, że był bogiem, a na dokładkę – że Charlie ma brata, mężczyzna wpada w poważne tarapaty, gdzie ocierają się o siebie szara rzeczywistość i zachodnioafrykańskie wierzenia. A po drodze trzeba rozwiązać problem sprzeniewierzonych funduszy na Kajmanach…

Podobnie jak przy Nigdziebądź, zaintrygiwało mnie samo postawienie problemu – czyli, jak zwykle, punkt dla Gaimana za pomysł. W tej chwili nie umiem przypomnieć sobie innego pisarza, który z takim zapałem tworzy własne mitologie, wpisane we współczesne realia.

Kolejny, mniejszy punkt – za budowanie klimatu. Czytałam kiedyś zbiór afrykańskich baśni i historia, którą przepleciona jest fabuła Chłopaków… bardzo mi przypomina tamten styl. Co więcej, mamy tu odrobinę humoru, język zmienia się w zależności od posługujących się nim postaci, a przekleństwa mieszają się z pradawną mową bóstw.

I na koniec wielka krecha – powieść rozczarowała mnie konstrukcyjnie i fabularnie. Nie dość, że musiałam przebrnąć przez pierwsze sto stron, żeby zacząć naprawdę śledzić losy bohaterów, to jeszcze cały czas miałam wrażenie, że wątki są niedokończone, pozrywane. Chociaż z czasem przekonałam się do samego pomysłu, nie powiem, żeby książka mnie powaliła.

Wskazówka dla przyszłych pisarzy, którzy lubią tworzyć w spokoju 😉

– Zupełnie mi nie pomagasz – rzekł do niej.

Zachował się niesprawiedliwie. To była tylko limonka, nie miała w sobie nic szczególnego. Starała się, jak umiała.

I to samo mogę powiedzieć o Chłopakach… – autor się zapewne starał i trzeba to docenić. Nie uśmiałam się, ale i nie przepełniło mnie obrzydzenie. Historia była nieco baśniowa i nieco surrealistyczna, a więcej po wymyślonej legendzie nie powinnam się spodziewać.

Mimo to po cichutku czekam na Amerykańskich bogów (aż wrócą do biblioteki…)  – podobno wybuchowa mieszanka, bo w końcu co mogłoby się stać, gdyby bóstwa wyemigrowały do odległego, pozbawionego natycznych bożków kraju… i zaczęły szukać własnej tożsamości?

Źródło cytatów: Neil Gaiman, Chłopaki Anansiego, wyd. MAG, Warszawa 2006, wydanie I w tłum. Pauliny Braiter

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s