Witraż z setek chwil – Jill Santopolo, „Światło, które utraciliśmy”

Współczesny człowiek niezwykle łatwo może popaść w rutynę. Swego rodzaju znieczulica sprawia, że jesteśmy w stanie przeżyć kolejny dzień, nie wpadając w panikę na każdą myśl o śmierci i nie podcinając sobie żył na wieść o potrąconym na ulicy bezdomnym psie. Ale zupełnie inaczej, głębiej, okrutniej rozgryzamy to cierpienie, jeżeli dotknie nas bezpośrednio, jeżeli to był n a s z pies albo po prostu n a s z a ulica.

Albo nasze miasto, wstrząśnięte katastrofą jedenastego września 2001 roku.

Lucy i Gabe to wręcz podręcznikowy przykład zakochanych nastolatków. Emocje uderzają im do głowy, pojawia się rozpaczliwe pragnienie, żeby żyć intensywnie i pełną parą, więc tego feralnego dnia ich usta się zlepiają…

Ale zaraz potem nie jest już tak różowo. Gabe (panowie, nie róbcie tak!) z nutką żalu w głosie informuje dziewczynę przez telefon, że wraca do swojej byłej. Życie Lucy (która jest narratorką całej powieści) nie zostało jeszcze przez niego zdruzgotane, ból moźna ukoić jabłkowym martini – i spokojnie poczekać kilka stron, by uczucie mogło wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Światło, które utraciliśmy to historia przypływów i odpływów, kompilacja zgody i kłótni, jak to w związkach bywa.

Powieść Jill Santopolo jest niezwykle lekka i raczej nie najtrafniej przetłumaczona (chociaż warto do niej zajrzeć, by przekonać się, na czym polega pranie włosów). Chociaż same punkty zapalne, o których mowa w powieści (konflikt praca/rodzina, podążanie za marzeniami tylko jednego partnera, poświęcenie kariery dla drugiej osoby, rozterki, czy wybrało się właściwie, dopowiadanie sobie historii, które się nie wydarzyły… brzmi znajomo?) są zasadniczo istotne i warte przemyślenia, przedstawiają się raczej w naiwny sposób. Albo może po prostu swobodny.

Jednak pozostaje pytanie: kto utracił tytułowe światło? I, chociaż tego nigdy się nie dowiemy, dlaczego…

Ludzie są jak witraże. Takie poranione i pokaleczone. Składają się z tysięcy kawałków szkła, rozkruszonych jak w moździerzu… albo dużych odłamków, których nikt nie chciałby znaleźć na plaży pod bosą stopą. I dopiero, kiedy chcą żyć, kiedy przyznają sobie prawo do własnej duszy, rozświetla ich wewnętrzne światło. Witraż ożywa i można dostrzec, jaki jest piękny. Witraże bez światła są martwe.
Ale nie można żyć tylko tym, co wypływa z ciebie. Potrzebujemy wiatru, oddechu, podmuchu – czegoś z zewnątrz – żeby te drobinki szkła zaczęły tańczyć. Wzór można odtworzyć, ale ruch jest niepowtarzalny. Dzięki drugiemu człowiekowi odczuwa się coś niezwykłego, czego nie jesteś w stanie zafundować sobie sam. Owszem, to czasami boli, zwłaszcza, gdy ostra krawędź zaczepi o kawałek mózgu czy klatki piersiowej od środka. Ale warto. Ból piękna jest zupełnie inny niż ból ciemności.

Cytaty za: Światło, które utraciliśmy, Jill Santopolo, wyd. Otwarte

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s