Meduzy – Deborah Levy, „Gorące mleko”

– Mój zawód, niestety, w obu znaczeniach tego słowa, to moja matka Rose.

Okrutne słowa, prawda? Zwłaszcza, gdy wypowiada je istota, która wyssała z cudzego ciała niemało mleka, troski i uwagi. Jednak już po chwili pojawiają się wątpliwości. Na pewno każdy z nas zna kogoś, kto z obłędem i rozpaczą w oczach zapyta, czy sam fakt tego, że ktoś jest naszym biologicznym rodzicem, skazuje nas na miłość. Szukać nie trzeba długo, długo to się o tym zapomina.

Jesteśmy matką i córką, ale czy jesteśmy rodziną?

Na tych niewiele ponad trzystu stronach rozgrywa się prawdziwy dramat i próba sił: matka Sofii, Rose, cierpi na dziwaczny, nawracający paraliż nóg. Uwiązana do kobiety córka całe życie podporządkowuje wspomaganiu jej i towarzyszeniu podczas kolejnych badań. Wreszcie obie trafiają do gorącej Hiszpanii, gdzie tajemniczy lekarz-znachor zaczyna korzystać z niecodziennych metod, aby uleczyć Rose, a w plamach gorącego słońca Sofia po raz pierwszy próbuje życia. A życie potrafi poparzyć.

Gorące mleko zaczęło się od poparzeń, a potem było jeszcze dziwniej i gorzej. Z każdą kolejną stroną zaskakiwało mnie coraz bardziej i łamałam sobie głowę nad tym, o czym właściwie jest ta historia… i czy powinnam zacząć się bać.

Dopiero po połknięciu pierwszej połowy powieści zrozumiałam, co napawało mnie tym niejasnym lękiem: otóż Deborah Levy genialnie skonstruowała początek historii, obiecując wyprawę, z której czytelnik wróci odmieniony. Odmalowała kuszący obraz plaży, niebezpiecznej w swoim pięknie. Przedstawiła postacie, po których pozornie nie można spodziewać się wielkich decyzji i teatralnych gestów. Zapewniła mi spokój ducha, pozwoliła, by leniwe słońce zagościło we mnie na dobre, bym przekonała samą siebie, że to będzie tylko zwykła, psychologiczna obyczajówka…

To złudzenie trwało tylko przez kilka pierwszych rozdziałów. Z każdym kolejnym czułam się jak Alicja, pędząca na oślep za bielą, która pod koniec pościgu wcale nie okazuje się być królikiem. Bo tak, zakończenie wracało do mnie jeszcze długo po ukończonej lekturze. Autorka balansuje na granicy nie do końca zdefiniowanego absurdu, sprawia, że powieść staje się nierzeczywista – chociaż bohaterki są tak ludzkie, tak miękkie, że aż realistyczne – i pokazuje, jak tego rodzaju absurd potrafi zakazić rzeczywistość związków międzyludzkich.

Po chwili namysłu wyłuskałam z tej, cieniutkiej w istocie, powieści dwa problemy, o których jednak nieczęsto się mówi w relacji rodzic-dziecko.
Pierwszy z nich to dominacja nad jednostką. Owszem, zdarzyło mi się czytać o manipulacji. Zdaję sobie sprawę, że w wykonaniu kobiet potrafi przybrać różnorodne formy – od najbardziej wyrafinowanej, naszpikowanej aluzjami, po pojedynki o władzę, całe kroniki aktów brutalności i agresji, które przecież dokonują się tylko w umysłach. W życiu rodzinnym granice tej dominacji są jednak zupełnie rozmazane – gdy przychodzi do definicji pojęć, zawsze można nazwać je wychowaniem albo dzieleniem się doświadczeniem. Podporządkowanie się i posłuszeństwo zaczyna się przenikać i w ostatecznym rozrachunku ofiara nawet nie próbuje się wyrwać na wolność. Erich Fromm nazwał to kiedyś ucieczką od wolności. Sofia, z której punktu widzenia poznajemy całą historię, boryka się z tym problemem. Pozornie powinna oczekiwać od życia czegoś więcej, powinna mieć plany i marzenia. Mimo to w oczach kobiety przykuta do wózka Rose jest kotwicą, miejscem, do którego wraca i losem, któremu należy się podporządkować, nie zadając zbędnych pytań. W tym świecie nikt nie wymaga od Sofii decyzji – bo wszyscy oczekują, że grzeczna dziewczynka podejmie jedyną słuszną, aprobowaną przez społeczeństwo. I ona się na to godzi.

Druga kwestia to natomiast pytanie, kto właściwie w tej książce jest lekarzem – matka, córka, doktor, kochanek, kochanka? Na człowieka największy wpływ mają najczęściej inni ludzie. Rola rodzica polega również na tym, by dawać dziecku dobry przykład, by stanowić oparcie, nawet, jeśli sami nie jesteśmy pewni swoich decyzji. Co więcej, na pewnym etapie rozwoju rodzic powinien decyzje i opinie dziecka kształtować, poprowadzić je, by potem mogło się usamodzielnić. W końcu jednak trzeba tę drobną, drżącą rączkę puścić – a jeśli jedna ze stron się załamie, dochodzi do katastrofy.

– Czy jej umysł jest jak liść, Zoffie?

– Liść nigdy nie jest nieruchomy.

– Czy ona pamięta?

– Umysł nigdy nie jest bezczynny.

W Gorącym mleku, przy całym jego doszukiwaniu się sensu, analizie, składaniu w całość pomyłek i obrazów z dzieciństwa, przytłaczająca pozostaje nieustanna świadomość kłamstwa. Zarówno Sofie, jak i czytelnik rozumieją z coraz większą irytacją, że coś jest z tą opowieścią nie w porządku. I to właśnie ten niedopowiedziany wątek intryguje: Gorące… jest bez wątpienia zagadką i po jednej lekturze ogromnie trudno jest wyłapać wszelkie niuanse i domyślić się, kto jest autorem zanotowanych słów.

Powracającym w powieści motywem jest tzw. lista wrogów i tak mniej więcej po kilkudziesięciu stronach zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie znalazłam się na tej sporządzonej przez autorkę. Okropnie mnie zniesmaczyły wątki relacji homoseksualnej (chociaż muszę przyznać, że rozłożenie każdego procesu fizjologicznego i każdej relacji na czynniki i przeanalizowanie go z perspektywy antropologa jest intrygującym rozwiązaniem), zdenerwował mnie także fakt, że powieść nie jest kompozycyjnie ani zamknięta, ani otwarta. Powiedziałabym, że jest rozlana – jak ciecz z potłuczonej szklanki, którą upuścił ktoś, poparzywszy sobie palce.

Moje granice były z piasku, więc uznała, że może je dowolnie przesuwać, a ja jej na to pozwalałam.

I tych granic tu właśnie nie ma. Ani absurdu, ani moralności, ani trzeźwego myślenia, ani fabularnych rozwiązań. Poparzyłam sobie tym gorącym mlekiem język, a kożuch zalepił mi wargi. Najgorsze, że przylepił mi się także do mózgu – jak pytanie, czy istnieje miłość, która tnie jak siekiera. I jakoś nie mogę znaleźć odpowiedzi.

 

 

Deborah Levy, Gorące mleko (Hot milk), Wyd. Znak, Kraków 2017, przeł. Tomasz Bieroń, wyd. I

ISBN 978-83-240-4555-6

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s