Fale – Robert Seethaler, „Całe życie”

Każdy z nas prędzej czy później musi zmierzyć się z Historią. Już w szkole podstawowej dzieci muszą napchać sobie pełne policzki dat i zebrać pełne garście rocznic. Mimo to, nawet nieświadomie, jednocześnie dystansujemy się i usuwamy się w naszą jedną, pisaną małą literą historię. Całe życie to właśnie taka puszka mleka skondensowanego: gęsta, krótka, bez niepotrzebnych postaci, opowieść o życiu kulawego Andreasa Eggera, który wychował się w górach. Razem z nim wspominamy dzieciństwo, szukamy pracy, wędrujemy po szczytach, zakochujemy się i idziemy na wojnę. A potem… cóż, wszyscy wiemy, czym się nasze małe historie kończą.

 

Całe życie przyciągnęło mój wzrok okładką. Okładką pokrytą lśniącymi smugami morskiej zieleni i turkusu. Wymagało ode mnie zmrużenia oczu i decyzji: czy to, co widzę, to fale czy zaspy śniegu w Alpach? Potem przyciągnęło mnie górami. I zaczęłam wspinaczkę.

Całe życie to skondensowana historia życia jednego człowieka. Tak, dokładanie jednego, bo reszta, która się tam pojawia, to tylko statyści, cienie bez koloru. Świadomie czy nie, autor wypłukał je z cech charakterystycznych, jakby nieustannie kierując reflektor na Andreasa. Zanim jednak po tych słowach zupełnie przekreślicie tę powieść, warto zastanowić się, dlaczego.

Przecież człowiek tak właśnie podchodzi do swojej egzystencji: patrzy na nią z jednej, ograniczonej, wręcz egoistycznej perspektywy. Tworzy w sobie miejsca, do których nie ma dostępu nikt oprócz jego samego.

Seethaler zamyka nas w jednym z takich miejsc w umyśle Eggera i, tak jak główny bohater nigdy nie wyszedł z narzuconych sobie ram, my też nie możemy z nich wyjść. Możemy patrzeć tylko przez te dwie kule, które nazywamy oczami. Dotykamy pomarszczonymi od ciężkiej pracy dłońmi… a na którejś z kolei stronie zaczynamy nawet kuleć.

Dla mnie główny bohater ma w sobie coś zwierzęcego. Moim zdaniem Egger jako postać literacka jest niedorozwinięty: na oczach ma bielmo, przez które nie potrafię się przebić. Reaguje instynktem, bez zbędnych pytań, a jeśli jest zdolny do uczuć, zakopane są pod grubą warstwą śniegu. Dlatego nie nazwałabym Całego życia powieścią psychologiczną.

Gaarder napisał kiedyś, że świat poznawać można na dwa sposoby: albo trwając w miejscu, albo nieustannie się przemieszczając. Problem polega na tym, że nie można posługiwać się dwoma tymi sposobami równocześnie. Seethaler proponuje nam tą pierwszą drogę i jest to droga trudna.

– Kulejesz – powiedział. – Do niczego nam się nie przydasz.

– W całej okolicy nie ma lepszego robotnika ode mnie (…).

– Ale kulejesz.

– Może w dolinie – rzekł Egger. – W górach tylko ja idę prosto.

Lubię powieści mówiące o tak zwanym zwyczajnym życiu – mimo to Całe życie zdecydowanie okazało się moim osobistym czytelniczym niewypałem. Najciężej wybaczyć mi jego dosłowność: autor nie pozwala niczego się domyślić, nad niczym pochylić. To nie opowieść, a opowiadanie… pozbawione nawet zalążka fabuły. Książce brakuje tego, co daje jej okładka – odrobiny niejasności, cienia tajemnicy. Pytań, choćby tak prostych, czy to góry, czy fale morza… W końcu i jedno, i drugie potrafi pochłonąć.

Może ta książka jest zbyt prosta. Może to opowieść dla tych, dla których słowo „góry” odmalowuje obraz niewymagający dalszych opisów. Dla tych, którzy słysząc „wojna” kulą się z zimna.

Dla tych, którym wystarczy jedno – ale za to całe – życie.

 

Robert Seethaler, Całe życie, wyd. Otwarte, Kraków 2017

ISBN 978-83-7515-441-2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s