Łódeczka z papieru – Françoise Mallet-Joris, „Papierowy dom”

Szukałam tej książki… rok? Dwa lata? Dowiedziałam się o niej dzięki innej książce. Cień papierowego domu to pojawiał się, to znikał z moich horyzontów czytelniczych. Raz go skreślałam, innym razem dopisywałam do listy czytadeł oczekujących na swoją kolej.

No i stało się.

Nie wiedziałam tylko, że tak trudno nacisnąć klamkę zrobioną z papieru.

(…) – to wszystko jest malownicze. Dom z papieru przypomina trochę Arkę Noego, pełną rozmaitych mniej lub bardziej sympatycznych zwierząt. Nasza jedyna cnota polega może na tym, że wszystkie je przyjmujemy.

Françoise Mallet-Joris, Papierowy dom

Dom, który na tych dwustu stronach opisuje belgijska pisarka często nie ma klamek ani firanek, wszystko kłębi się wśród niepościelonych łóżek i przeróżnych zwierząt (w tym gołębia, chlubnie kontynuującego tradycję wszystkich gołębi na świecie). Papierowy dom staje się papierową Arką, przepełnioną historiami – a raczej wycinkami – z życia jej mieszkańców, czyli niepoprawnych artystów, filozofów i bałaganiarzy, dla których talent plastyczny znaczy więcej niż sukcesy w szkole.

Jest to w dużym stopniu książka o macierzyństwie. Ale takim trudnym, przemyślanym. Opowiastki Françoise nie wywołały u mnie radosnego śmiechu nad kartkami (jak na przykład cudna książka Giovannina Guareschi Rodzinka), najwyżej nieco przygaszony uśmiech – bo każdy rozdział jest niezwykle spokojny, wręcz skrupulatny. Sama autorka często odwołuje się do swojej flamandzkiej gospodyni – dbającej o porządek, nieustannie śniącej o idealnym domu, zamiast którego wychodzi jej origami. Wychowanie dzieci jest dla niej ogromnym wyzwaniem – mąż, z którym żyje, jest już trzecim z kolei, a jej wiara wciąż wymaga odpowiedzi. Zanim jednak sama je znajdzie, już musi przekazywać ją dzieciom. W pewnej chwili zauważa nawet, że trzeba na nowo wynaleźć pory roku. I na tym, po części, polega macierzyństwo – nie na kupieniu, a na wynalezieniu na nowo tego, co niby codzienne, ale przecież utracone.

Bardzo pisarska jest ta książka: Françoise nie oddziela swojej twórczości od życia codziennego. Pisanie może ją czasem od niego odrywać, ale niekiedy ratuje i przypomina. Jednak z każdej strony wyziera – w złagodzonej i opanowanej formie, ale jednak – gorycz.

Bardzo ciężko mi cokolwiek napisać o tej książce. Przypomina mi fatamorganę albo jesienną mgłę, o które jednak można się skaleczyć – a potem tylko wpatrywać się z zaskoczeniem w krew cieknącą z rozcięcia, które wzięło się właściwie znikąd. Przewracane kartki książki też w końcu potrafią ugryźć.

PAULINE: A ty, gdybyś była szczęśliwa, przestałabyś pisać książki?

Przez chwilę zaskoczona, nie znajduję słów.

ALBERTE (z oburzeniem): Ależ ona jest szczęśliwa.

VINCENT: Jest prawie szczęśliwa, ale nikt nie może być całkiem szczęśliwy, więc z powodu tej odrobinki, która jej brakuje do szczęścia, pisze książki.

JA (z ulgą): Cudownie to wyjaśniłeś. Ale nie jestem pewna, czy piszę dlatego, że mi odrobinki brakuje, czy też dlatego, że mam o tę odrobinkę za dużo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s