Obcy język – Olga Tokarczuk, „Bieguni”

Wahałam się, czy napisać cokolwiek o tej książce. Odstręczała mnie, trąciła nieprzyjemną pleśnią i z każdą przewróconą kartką coraz bardziej bałam się, że na mnie przeskoczy. Nie chciałabym do niej wrócić. Wtedy książka sama mi powiedziała:

Opisywanie jest jak używanie – niszczy; ścierają się kolory, kanty tracą ostrość, w końcu to, co opisane, zaczyna blaknąć, zanikać. Dotyczy to zwłaszcza miejsc.

Olga Tokarczuk, Bieguni

A jednak teraz o niej piszę. Piszę, bo się rozczarowałam, bo oczekiwałam podróży, w którą Tokarczuk mnie nie zabrała, oczekiwałam biegu po śladach tych, co nigdy nie ustają w wędrówce – a dostałam gipsowy odlew ich stóp. A rozczarowanie często wymaga ujścia.

Książka przypomina kolaż – przemyśleń, opowiadań, wariacji na temat historii i historii domniemanej. Spośród wycinków wyłaniają się zastygłe krople gleju i innych mazideł, na odwrocie taśmy widać ślady linii papilarnych. Na urywkach gazet zostały zaschłe plamy jakichś bliżej niezidentyfikowanych płynów, a mapy są rozrysowane skruszałym tuszem do rzęs albo resztkami keczupu z bezimiennej knajpy. Kolaż ciągnie się, jak wyciąganie jelit – ile jeszcze to będzie trwało, ile tam tego jest – ale kiedyś musi się zatrzymać. I tak właśnie wyglądają Bieguni – zlepek zamknięty w książkę, która, gdyby nie nazwisko autora, rozpadłaby się, gdyby tylko wziąć ją na ręce.

Olga Tokarczuk pracowicie skleja ze sobą sceny. Czasem ma się wrażenie, że zgubiłą nitkę, ale kilkadziesiąt stron później zobaczymy, jak przywiązuje ją do kolejnego rozdziału. Nie powie wszystkiego, czasami jakiś rożek kartki się zagnie albo plama specjalnie zamaże czyjeś nazwisko… Ale w całej tej konstrukcji zabrakło mi sekretu, pustki, którą wypełnić mogą tylko poszukiwania.

Autorka nieustannie podkreśla, że to język jest najsilniejszym mięśniem ciała ludzkiego. I jeśli coś mi się w Biegunach podobało, to właśnie fragmenty, które mają tę etykietkę: język. O tym, jaką ma siłę. Nie tylko jako mięsień, ale jako środek komunikacji – poruszyła mnie na przykład wzmianka o bezbronnych anglojęzycznych, dla których nie ma ucieczki przed własnym językiem. Cały świat wnika w ich sekrety, wyrywa im to, co świadczyć powinno o ich odrębności, co powinno wyróżniać ich od innych. Chociaż, z drugiej strony, czy oni sami nie oddali nam tego, by połączyć nasze kanały wymiany myśli…? Poświęcenie godne Wieży Babel wywróconej do góry nogami…

Natomiast język, którym posługuje się autorka jest lepki. Tokarczuk nigdy nie opowie o tym, co przecież każde oczy mogłyby zobaczyć (czy aby na pewno?), ale każdy napotkany organizm musi rozkroić, wleźć w niego bez zaproszenia i poświecić latarką – o, tu jest serce, proszę popatrzeć, jak się męczy, a tutaj płuca, jak plastikowe reklamówki… i dalej w tym tonie, nic nie jest obrzydliwe, naturalia non sunt turpia i tym podobne… Ja czytam moje ciało zupełnie inaczej. I może po prostu się z autorką nie zgadzamy.
Można w tym zbiorze poszukać perełek? Można. Można zmusić mózg do refleksji i wyszukać błyskotliwe obserwacje? Można.

Ale, moim zdaniem, nie można dzięki niemu wyruszyć. I to rozgoryczyło mnie najbardziej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s