Hanya Yanagihara, „Ludzie na drzewach”

Ta nowość na mojej czytelniczej półeczce czekała na przeczytanie tak długo, że aż przestała być nowością… i ogromnie żałuję, że nie poczekała jeszcze dłużej, wystarczająco długo, by każde jej słowo rozsypało się na proszek. Chociaż może wtedy jeszcze ciężej byłoby wyczyścić sobie po niej mózg.

To, co rozczarowało mnie najbardziej – ale akurat w tym przypadku sama jestem sobie winna – to fakt, że podświadomie szukałam w Ludziach na drzewach pierwszej przeczytanej przeze mnie książki Yanagihary, Małego życia. A przynajmniej czegoś, co mnie poruszy, co zmusi mnie choćby do bezsilnych prób zrozumienia ludzi, którzy są zupełnie inni niż ja. Do współ-czucia tego, co czuli bohaterowie, gdy wylądowali w lepkiej dżungli, gdy spotkali osoby, które kilkukrotnie przeżyły już przydzielony im czas. Ale niestety cała perspektywa została zmonopolizowana przez Perinę. W pewnej chwili problem nie polegał już nawet na tym, że nie było to napisane tak, żeby silnie na mnie oddziaływało, żeby coś dla mnie znaczyło. Ja już po prostu nie chciałam, żeby to tak było napisane.

Właściwie zdałam sobie teraz sprawę, że fabularnie książka leży. Nie znalazłam tutaj porywającej historii, wątki są poprzerywane, brakuje dobrze rozłożonych akcentów. Ani to szokujące, ani proekologiczne, ani naukowe… No i zabijają niewinne żółwiki. Jak mogłaby podobać mi się książka, w której zabijają niewinne żółwiki?!

Norton Perina, żyjący w przekonaniu, że przeznaczony jest do wielkich odkryć i kariery w medycynie (ale nie jednego z tych naiwnych lekarzy, którzy leczą z czystego pragnienia pomocy bliźniemu, tylko analityka, który zajmuje się sekcją białych myszek i nurzaniem rąk w wirusach), nie mając co zrobić ze swoim życiem, bierze udział w wyprawie antropologicznej na nieodkrytą wyspę, na której – podobno – żyje tajemnicze plemię… Podczas gdy jego towarzysze skupiają się na opisie znalezionych osobników, Perina dostrzega przedziwną właściwość „dzikusów”: otóż żyją dłużej, niż powinni w tym klimacie. Niż w ogóle powinni…

Książka straszliwie została rozreklamowana (a może akurat takie recenzje czytałam?) pod kątem historii nadużyć seksualnych Periny, natomiast ja już od początku lektury postanowiłam sobie skupić się na dwóch wątkach: rozważaniach na temat starości i nieśmiertelności, a także – co sama autorka podkreślała jako główną inspirację – to próba wejścia w umysł geniusza, który jednocześnie zdolny jest do popełnienia przestępstwa, do bycia zdruzgotanym przez świat.

Jeśli jednak chodzi o pierwszy, nie znalazłam właściwie nic… Perina sam określa siebie jako zbyt młodego, skupionego nie na tym, co powinno zajmować naukowca… Trochę tak, jakby autorka kazała swojemu bohaterowi penetrować swoje wnętrze, zarówno ciała, jak i umysłu, żeby sama się dowiedzieć, co mógł czuć. Skończyło się na tym, że nawet jedyne zadane pytanie (czy rzeczywiście człowiek byłby gotowy zaryzykować nieśmiertelność za cenę degeneracji umysłowej?) umarło i odpłynęło w niepamięć… a innych jakoś nie udało mi się wymyślić, nie mówiąc oczywiście o odpowiedziach.

Drugi wątek… przyznaję, że mój odbiór jest zupełnie subiektywny: uważam, że został jak najbardziej słusznie ukarany. Może jednak cały problem polegał w tej postaci na tym, że widzimy go poprzez pryzmat jego własnych relacji, trochę samouwielbienia (podbijanego jeszcze przez wpatrzonego w niego kronikarza, który namówił go do opisania swojej historii)… Mam wrażenie, że jego postrzeganie siebie jest w dużej mierze błędne, ale jednocześnie tak okrutnie naiwne, że nie miałam siły, żeby szukać dla niego usprawiedliwień.

Niezwykle rozczarowała mnie technika (a sprawdziłam, że obie pozycje tłumaczyła pani Jolanta Kozak). Owszem, miałam na uwadze, że bardziej przejmujący i rozwinięty język Małego życia i niezwykle poruszające sceny wynikają już z pewnego obycia literackiego autorki, jednak ogromną trudność sprawiło mi przedzieranie się przez wywnętrznianie się głównego bohatera. Przede wszystkim denerwowała mnie narracja pierwszoosobowa, która była moim zdaniem źle poprowadzona: źle rozłożono w niej akcenty, opisy są nie do końca związane z sytuacją przedstawioną, a wypowiedzi bohaterów zniekształcone przez nacechowaną relację Periny. Postacie odmalowane ustami bohatera są blade i niestety najwięcej uwagi poświęca im jako obiektom pożądania lub obrzydzenia… co brzmi, jeśli nie odpychająco, to po prostu monotonnie.

Muszę jednak przyznać autorce, że zmusiła mnie (tak mniej więcej w połowie lektury), że zaczęłam szukać artykułów – o Perinie, o żółwiach i wyspach, na których ludzie się nie starzeją… chociaż cała historia (poza oskarżeniem noblisty) jest jak najbardziej zmyślona. Nie wiem, czy to kwestia przypisów, wrażenia, jakie swego czasu zrobiło na mnie Małe życie, czy też… właśnie, do końca nie wiem, co, ale jakaś iluzja rzeczywistości. I dopiero to dało mi do myślenia, chociaż opinii o książce nie zmieniło.

Podsumowując… Ludzie na drzewach rozczarowali mnie i zniesmaczyli. Nie chciałabym tam wrócić i obawiam się, że jeśli Yanagihara zdecyduje się wydać następną powieść (a raczej nie ma co do tego wątpliwości), będę podchodziła do niej jak do jeża.

W końcu długość ludzkiego życia jest pojęciem względnym… i szkoda jej na czytanie książek, które nie pozostawiają w nas czegoś dobrego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s